Skip to content

Co zrobić z dniem, który rozpoczęło się o kilka dobrych godzin za późno, a do tego z tyłu głowy pulsuje jeden wielki wyrzut sumienia, że jak ostatni menel wstało się w porze obiadowej?

Sporo. Ale bywa też tak, co przytrafiło mi się dzisiaj, że nie można zrobić zbyt wiele, tym bardziej, jeśli pracuje się zdalnie i to przez internet, który wysiadł. W takich chwilach najlepiej zająć się rzeczami dawno odłożonymi na później. Na przykład wyjęciem prania z pralki, pozmywaniem talerzy z zeszłego czwartku, wyniesieniem śmieci czy zaczęciem nowej książki.

Kiedyś śmiałam się z ludzi, którzy czytali jednocześnie kilka książek. Sama teraz czytam pięć. Ale wiem, że się to zmieni, bo nikt tak nie wciąga jak mój ukochany Mariusz Szczygieł.

Nie wpiszę się dziś w banał książki, kubka gorącej przepysznej herbaty i ciepłych skarpet oraz Nory Jones w tle, ale uwierzcie mi, że do ogarnięcia życia dziś, potrzebowałabym rozgrzeszenia od świata i zasad w nim panujących.

Wiem jednak jedno – gdy już zdarzy się nam kompletny biologiczny fakap, nie powinniśmy się dobijać wyrzutami sumienia i przerzucaniem winy na wszystko, czego się ta wina nie klei, po to, żeby potem ostatecznie zostać z tą winą sam na sam.
Trzeba wykorzystać tyle dnia ile zostało i odwrócić uwagę od ilości czasu, którą zdążyliśmy już zmarnować. I właśnie tak ogarniamy poniedziałki, których wydaje nam się, że ogarnąć nie można.

Ta-dam!