Skip to content

Czerwiec 2014 roku. Siedzę ze znajomym w warszawskiej knajpie. Rozmawiamy o dupie maryni i o tym, jak kogoś sobie wreszcie znaleźć. Kumpel chce pokazać mi jak używać Tindera i pokazuje mi pulsujące kółko.

– Chyba mi się apka zepsuła – mówi. – Już mi nikogo nie wyszukuje. Możesz sprawdzić, czy ci działa?

– Ale ja nie mam tej aplikacji – mówię dość zdziwiona.

– TY nie znasz? Przecież ty znasz wszystkie portale randkowe. Serio nie masz Tindera?

– A na czym to w ogóle polega?

Dwa tygodnie później mam pierwszą randkę. Na Tinderze zaczęło się od rozmowy o gołąbkach, które robiłam pierwszy raz w życiu. Okazało się, że trafiłam na kucharza. Kucharz zaprasza mnie do siebie i obiecuje ugotować kolację. On gotuje, ja się patrzę, rozmawiamy, jest miło. Wychodzę około 23:00 i samochodem wracam do domu. Spoko ten Tinder – myślę sobie. Spotykamy się przez kilka miesięcy, usuwam Tindera. Ale nasze drogi połączone sosem do gołąbków się rozchodzą.

W listopadzie znów zakładam konto, jestem mniej podekscytowana, niż ostatnio. Tym razem korzystam z aplikacji bardziej z nudy, niż z ciekawości, ale zawsze towarzyszy mi ten sam cel: poznać kogoś na dłużej. Historie na jedną noc mnie nie interesują.

Mieszkam na Śląsku, ale w mój szeroko ustawiony zakres trafiają faceci z Krakowa, Opola, Częstochowy i Czech. Poznaję gościa z Krakowa. Tym razem kieruję się tylko wyglądem. Mój match jest przystojny, w dodatku obdarzony ciętym językiem i poczuciem humoru. Prosi o numer telefonu, bo ma kiepski internet. Dzwoni późnymi wieczorami i nalega na spotkanie. Przyjeżdża po tygodniu do Katowic, spotykamy się na kawę, bo pora dość wczesna. Gadka się klei. Mój kolega jest dobrze ubrany, pięknie pachnie, ma czyste buty i dobry zegarek. Pokazuje mi którąś z wiadomości ode mnie, a ja zwracam uwagę, że ma jakiś wyjątkowo stary telefon. Pod koniec spotkania ktoś do niego dzwoni. Z kieszeni wyciąga iPhone'a i zaczyna ciepłą prywatną rozmowę.

Pytam go po co mu dwa telefony. Mówi, że jeden jest prywatny, drugi służbowy. 

– Dajesz dziewczynom z internetu swój służbowy numer? – pytam.

– Nie wymądrzaj się.

Nie wymądrzam. Wracam do domu, dostaję SMSa od matcha.

– Niedawno zakończyłem trudny związek. Byłem z psychicznie chorą dziewczyną, która nie pozwala mi odejść.

Ocho, zaczyna się. Łzawe historie z hollywoodzkim przebiegiem. No, ale posłucham, może mi się przyda do bloga (hehe).

Spotykamy się kilka tygodni później, kiedy jestem w Krakowie. Przyjeżdża po mnie, mamy jechać do kina. On jest prosto po pracy, więc pyta, czy może po drodze podjechać do domu i się przebrać. Niechętnie, ale się zgadzam. Jedziemy długo, choć wciąż jesteśmy gdzieś w centrum. Idziemy na górę. On idzie się odświeżyć, ja w zimowych kozakach siedzę na kanapie i czekam, aż ta wieczorna toaleta się skończy. W końcu zamek w drzwiach się przekręca, ale staje w nich nagi on. Nagi i gotowy.

Parskam śmiechem, ale jednocześnie robię się przerażona. Jestem u niego, nie do końca wiem nawet gdzie. Jest późny wieczór. Brawo, Justynko. Mówię mu, że sorry, ale to nie dla mnie i że spadam do domu. On się wkurza i mówi mi, że on w życiu by nie pomyślał, że ja naprawdę będę chciała iść do kina. Przecież to oczywiste po co się tu spotkaliśmy. 

Zaczynam trochę się bać, że jak go wkurzę, to jeszcze coś mi zrobi, więc mówię, że lepiej będzie, gdy już pójdę. On nadal lekko zszokowany, że się nie udało, mówi że mnie odwiezie.  Gdy tylko wchodzę do samochodu, jego ręka ląduje między moimi udami, mam szczęście, że jest zima i że mam na sobie jeansy.

– Co ty robisz?! – syczę głośno wściekła na niego i jeszcze bardziej na siebie, że się zgodziłam na tę podwózkę.

– Na pewno się ze mną nie sypniesz? – pyta tonem dziecka, które prosi rodzica o drugą watę cukrową.

– Na pewno.

Randkę przeżywam jeszcze przez kilka tygodni. Towarzyszy mi przykre uczucie rozkminiania, co było, gdyby okazał się nie tylko napalonym typem, ale na przykład agresywnym psychopatą. Udaje mi się wytropić go na Instagramie, gdzie okazuje się, że jego psychopatyczna była dziewczyna, jest bardzo szczęśliwą, zaręczoną z nim kobietą. Mam ochotę do niej napisać i powiedzieć, co jej przyszły mąż robi w internecie, ale odpuszczam sobie. Nie chcę o nim pamiętać.

Sylwestra spędzam w kameralnym gronie. Również na Tinderze. Trafiam na Australijczyka, który właśnie opuszcza Katowice. Świetnie się rozmawia, nie ma żadnego grubego flirtu, słodkich słówek. Ja jestem ciekawa, co kieruje 36-letnim pracownikiem ministerstwa do tego, by wziąć roczny urlop i przyjechać do Polski, jego pewnie też coś tam ciekawi. Spotykamy się kilka razy, oboje mamy nadzieję, że coś wyjdzie, ale brakuje chemii. Nie postanawiamy się przyjaźnić, ale samo to jakoś wychodzi.

Przez kolejne dwa miesiące beznamiętne swipuję. Wszystkie profile zlewają się w jedną stałą masę sebo-koksów, hipsterów z brodami i pozerów w samochodach lub na siłowni. W końcu usuwam Tindera na dobre.

Potem w moim życiu ma miejsce pasmo wydarzeń: utrata pracy – Blog Roku – konferencje, wykłady, zlecenia i nie nudzę się już tak bardzo, więc Tinder nie jest mi potrzebny. Tym bardziej, że w ogóle już w niego nie wierzę.

We wrześniu wybieram się z przyjaciółką mężatką na tygodniowy wyjazd do spa. Jedziemy z jej małym dzidizulkiem, więc wieczory spędzamy grzecznie w pokoju hotelowym. Gadamy o wszystkim, aż w pewnej chwili ona pyta o Tindera.

– A jak to w ogóle działa?

Opowiadam, że masz profile, na których są zdjęcia i że możesz komuś dać, albo tak, albo nie. Że profile wyszukują się lokalnie, że możesz ustawić sobie obszar poszukiwań i że jak dwie osoby się polubią, to mogą ze sobą pogadać.

– Pokaż mi, jak to wygląda – prosi.

Instalujemy aplikację, ustawiam sobie odstraszające foty: głupią (naprawdę głupią i nieatrakcyjną) minę, dwa antyspołeczne memy, fotę z dzieckiem na rękach i jedno normalne zdjęcie z Facebooka. Wstawiam sobie długi opis: o tym, że lubię dziwne rzeczy, że nigdy nie jadłam pyz, że kocham Daft Punk, że lubię dzieci i że płacę za siebie.

Przyjaciółka co wieczór słajpuje za mnie i nie ukrywam, że mamy z tego niezłą rozrywkę. Świat sebokoksów i hipsterów w brodach jest dla niej niezwykły, dla mnie jej spojrzenie z dystansu jest po prostu przezabawne. Po powrocie do domu nie używam Tindera, ale też zapominam go odinstalować.

Trzy tygodnie później jadę służbowo do Warszawy, ale postanawiam wraz z koleżanką z pracy zostać w stolicy na weekend. Nocujemy u jeszcze innej koleżanki, która podobnie jak ja, miewa etapy "mam Tindera" i "nie mam Tindera, bo mnie wkurza". Tym razem jest w tej drugiej fazie i w sobotę pyta, czy mam na telefonie apkę i czy może sobie pooglądać gości. Zgadzam się, a koleżanka ma rozrywkę na najbliższe dwa wieczory.

W pewnym momencie postanawia się wykąpać i zostawia mi mój telefon. Zerkam na Tindera i akurat trafiam na profil 32-letniego brodatego faceta w kaszkiecie. Dobra ładna twarz, no ale ten kaszkiet… Nie znoszę kaszkietów. Stoi pod ścianą i się uśmiecha. Ma opis: Jestem leniwy, ale za to gburowaty. Lubię kebaby. Parskam śmiechem. Daję mu lajka, mamy matcha, nic niezwykłego. Koleżanka wraca z łazienki, swipuje jeszcze chwilę i oddaje mi telefon, bo dostałam wiadomość. 

Kaszkietto pisze – mówi.

Kaszkiet odrobił zadanie domowe. Zdążył zrobić research i zagaduje od razu z konkretem – pyta o konkretne wpisy na blogu, dyskutujemy o nich. Może jestem zbyt zblazowana, ale nie robi to na mnie jakiegoś większego wrażenia. Kończymy rozmowę, a ja zapominam, że mam aplikację. Przypominam sobie następnego wieczora, kiedy wracam do domu po niesamowicie emocjonującym dniu spędzonym na warsztatach w więzieniu. Mam ochotę z kimś o tym pogadać, więc pogadam z Kaszkietem.

Okazuje się, że on też kiedyś pracował z osadzonymi. Dowiaduję się, że jest operatorem i montażystą, że uwielbia dokumenty, że sam kręci swoje. Wysyła mi link, ale zapominam kliknąć.

Gadamy tak jeszcze ze trzy tygodnie. Zaczynam go podziwiać, że mu się chce, bo mój system rozmowy jest straszny: odzywam się raz na 24-36 godzin. Dwa dni przed Halloween mam gorszy humor i mam mnóstwo czasu do zmarnowania w łóżku. Przypomina mi się ten dokument, który Kaszkiet wysłał mi kilkanaście dni temu. Odszukuję go i zapuszczam na kompie. W pierwszych sekundach widzę, że to coś o Azji, więc spodziewam się filmiku pt. Ja, GoPro i moje wakacje. Jakże się mylę. Oglądam film bez żadnej przerwy do końca.

Przepadam.

Kaszkiet ma wszystko: wrażliwość, niesamowite oko. Nie kłamie mówiąc, że lubi dokument. Nie kłamie mówiąc, że jest operatorem. Nie kłamie mówiąc, że rozumie moją wrażliwość w tekstach. Absolutną wisienką na torcie jest podkład muzyczny. Moby, którego kocham od późnej podstawówki.

Nagle zdaję sobie sprawę, że mija miesiąc odkąd się poznalismy na Tinderze, a przez ten czas jedyne co zdołałam zrobić, to kilka razy zdawkowo z NIM porozmawiać. Łapie mnie przerażenie, że zdążyłam to zawalić i że olalam TAKIEGO faceta. Okazuje się, że 32-letni Krzysztof, który nagle przestał być Kaszkietem, jest cierpliwy i wciąż jest po drugiej stronie ekranu.

Od tej chwili przestaję się rozstawać z telefonem. Przerzucamy się od razu na Facebooka i zaczynamy ROZMAWIAĆ. Po kilku dniach zdzwaniamy się po raz pierwszy. Jestem na rodzinnej imprezie, która trochę zdążyła już oklapnąć, więc on proponuje, że zadzwoni i mnie wybawi. Dla żartów zapisuję go w telefonie jako Metropolitę Krakowskiego, ustawiam fotę Dziwisza, żeby uciąć wszystkie potencjalne pytania o to, kim jest tajemniczy Krzysztof z (jak zwykle) internetu. Resztę imprezy siedzę z telefonem w ręku. Po powrocie do domu gadamy do rana.

Z tym telefonem w ręku zabieram go na kilka kolejnych imprez, aż w końcu postanawiamy się spotkać. Jadę na służbowe spotkanie do Warszawy, więc po spotkaniu możemy się spotkać. On się grubo spóźnia, ale się nie przejmuję. Idziemy na piwo, a ja – zgodnie z opisem – mówię że zapłacę za siebie. Postanawiamy wypić drugie piwo, za które nie zdążam zapłacić, bo o mały włos spóżniam się na pociąg. Nie mogę sobie wybaczyć tego piwa, za które niehonorowo nie zapłaciłam. On pyta, kiedy będę w Warszawie, a ja wymyślam, że będę w przyszłym tygodniu służbowo, mimo, że w ogóle nie ma takiego planu.

Na drugi dzień w pracy okazuje się, że ktoś w przyszłym tygodniu musi jechać na spotkanie do Warszawy. Zgłaszam się i mówię, że i tak będę tam prywatnie. W pracy zgadzają się na ten pomysł, a ja przeszczęśliwa, że mój plan się powiódł, siadam do byczej prezentacji, którą z okazji tego spotkania muszę przygotować.

Spędzam w Warszawie pięć dni, mimo, że zakładałam tylko weekend z poniedziałkowym służbowym spotkaniem. Widzimy się codziennie i godzinami rozmawiamy, poznajemy się i bawimy. Zaczyna mi naprawdę zależeć. Na tej znajomości, na Nim. Na tym, żeby coś z tego było. Naprawdę.

Na piątym spotkaniu po raz pierwszy się przytulamy, a ja czuję się jak w liceum. Bo w liceum tak było, że wszystko się zaczynało od pojedynczych spotkań, na których ludzie mieli okazję się poznać i zdecydować, czy coś z tego będzie czy nie.

Mimo wszystko, jestem sceptyczna. Z tyłu głowy wciąż mam tych wszystkich sebopodonbnych gości, tych niezdecydowanych mamelaków, tych kolesi z narzeczonymi na boku.

On nie może być taki, nie wierzę w to – powtarzam sobie w myślach i sama się zaskakuję pewnością, z jaką to mówię.

No i okazuje się, że mam rację. Powoli, malutkimi kroczkami zaczynamy budować coś wspólnego. Poznajemy się: ja mówię mu o swoich ważnych rzeczach, on o swoich. Nie jest superłatwo, bo oboje mamy swoje trudne sprawy, a do tego ja mieszkam na Śląsku i pracuję w Krakowie, a jego na miejscu trzyma Warszawa.

Ani razu nie zastanawiam się nad tym, czy to ma sens. Ani razu on nie stawia mnie przed wyborem: albo się przeprowadzasz, albo się rozstajemy. Akceptujemy sytuację i kontynuujemy proces poznawania się. Spędzamy pierwszy wspólny weekend, potem po raz pierwszy wyruszamy razem za miasto. Potem w Święta On robi mi totalną niespodziankę, o której wie cała moja rodzina. W pierwszy dzień świąt przyjeżdża na obiad. Dowiaduję się o tym, gdy jest już pod drzwiami domu. Po obiedzie wraca do Warszawy.

Od stycznia jeżdżę do Warszawy praktycznie w każdy weekend. Za każdym razem cieszę się z całego serca, że tam jadę i za każdym razem cierpimy przeokrutnie, kiedy muszę wyjechać na kolejnych pięć dni. W kwietniu kończę terapię, więc mogę na dłużej zostawać w Warszawie. Ale trudno tak żyć w systemie pakowania i rozpakowywania się. Muszę podjąć decyzję, choć wcale nie muszę jej podejmować. Wiem, że chcę się przeprowadzić do Warszawy. Z duszą na ramieniu rozmawiam szczerze o tej sytuacji z moimi przełożonymi w pracy. Nie chcę odchodzić, ale za nic w świecie nie chcę spieprzyć tego związku. Warszawa jest nieunikniona. Moi przełożeni okazują się niesamowicie wyrozumiali i mówią, że nie muszę odchodzić. Że mogę pracować z domu.

Pierwszego sierpnia (dość symboliczna data), po kilku tygodniach ogromnego stresu związanego z przeorganizowaniem życia, równie symbolicznie melduję się w Warszawie na stałe kupując tu po raz pierwszy kartę miejską. 

Jestem szczęśliwa. Jestem szczęśliwa z wielu względów.

Że poznałam Wspaniałego Człowieka, który był wart każdego biletu na dziko poranne Pendolino, by zdążyć do pracy. Jestem niesamowicie wdzięczna mojej przyjaciółce, która chciała obczaić Tindera ponad rok temu. Jestem wdzięczna swojemu lenistwu, że go nie usunęłam. Jestem wdzięczna mojej wspaniałej koleżance, która w październiku chciała sobie pooglądać chłopaków i poprosiła o mój telefon z nieusuniętym Tinderem. Jestem tak cholernie wdzięczna losowi za to, że gdy wzięłam go do ręki, akurat wyskoczył mi profil brodacza o dobrej i ładnej twarzy i że nie skreśliłam go za ten cholerny kaszkiet. Gdyby nie każdy z tych przypadków, pewnie nigdy byśmy się nie poznali, bo naprawdę miałam dość Tindera i wszystkich aplikacji i portali randkowych.

Czasem trafiam na artykuły i wpisy o portalach randkowych. Wszystkie zawierają te same pytania: warto czy nie warto? Uważam to pytanie za absolutnie bezsensowne. Powinno brzmieć nie: czy, ale jak używać Tindera i innych aplikacji.

Żyjemy w czasach, w których spędzamy w internecie 3/4 swojego wolnego czasu. To tutaj rozmawiamy ze znajomymi, tutaj sprawdzamy co się u nich dzieje, robimy zakupy, czytamy gazety i książki, oglądamy filmy, zamawiamy jedzenie, kupujemy bilety, wrzucamy swoje zdjęcia, dzielimy się swoim życiem. Nikt się nie pyta, czy warto kupować lub rozmawiać przez internet, dlaczego więc to pytanie zawsze pojawia się w kontekście portali randkowych?

Ja znam te wszystkie argumenty o świrach, którzy są na tych portalach. Ale ci ludzie nie są wyjęci z próżni i włożeni w Sympatię, Badoo, czy Tindera. Oni są wśród nas: pracują z nami, mieszkają obok, niektórzy są naszymi znajomymi. To ten gość ze stolika obok z sobotniego wypadu do knajpy i to ta dziewczyna, która pracuje w recepcji twojej przychodni. Rejestrując się do lekarza i rozmawiając z nią o pogodzie nie dowiesz się, jaka jest naprawdę. Może stwarzać dokładnie te same pozory, które stwarzałaby w internecie. Jedyną przewagą, jaką ma poznawanie ludzi po raz pierwszy w realu, jest to, że od razu weryfikujesz wygląd. Chociaż nie jestem w stanie powiedzieć, czy do końca jest to przewaga, bo obawiam się, że kaszkiet w rzeczywistości mógłby przekreślić dalszą znajomość. Internet umożliwia rozmowę na dużo głębszym poziomie, bo nieco bardziej ośmiela, a raczej mniej zawstydza.

Gdybym tu wypisała wszystkie możliwe sposoby na poznawanie nowych ludzi, do każdego można znaleźć i plusy i minusy. Internet nie jest żadnym specjalnym wyjątkiem. Zamiast zastanawiać się nad tym, czy warto w ogóle zakładać portale randkowe, warto się zastanowić, jak i po co ich używać.

Z mojego doświadczenia mogę Wam powiedzieć, co moim zdaniem może Wam pomóc w znalezieniu kogoś fajnego na przykład na Tinderze.

  1. Bądźcie cierpliwi. Nie zrażajcie się porażkami i bądźcie otwarci na nowych ludzi.
  2. Nie oceniajcie po pozorach. Czytajcie opisy, a jeśli ktoś ich nie ma, pytajcie o rzeczy które są dla Was ważne. Ja polecam coś żartobliwego i abstrakcyjnego, by przetestować poczucie humoru.
  3. No właśnie – poczucie humoru. Nie ma lepszego testu na to, czy między Wami coś klika, niż poczucie humoru. Nie ma też lepszego testu na inteligencję, od dobrego poczucia humoru.
  4. Nie popełniajcie mojego błędu i na pierwsze spotkania umawiajcie się w publicznym miejscu. Zawsze powiedzcie o nich znajomym. Ja od czasów napaleńca udostępniałam moim aniołom stróżom położenie, żeby w razie czego wiedzieli, gdzie mnie szukać i skąd ratować.
  5. Weryfikujcie profile ludzi, z którymi rozmawiacie. Proście o Facebooki, Instagramy. Jeśli ktoś się ociąga i wymiguje, jest to jakieś światełko ostrzegawcze.
  6. Warto wyluzować i być sobą. I nie bać się tego, że ktoś nas ocenia.  To takie miejsce, gdzie oceniają się wszyscy, więc nie jest to żadna wyjątkowa sytuacja. Lepszy żaden rozmówca, niż taki, który ze stresu udaje kogoś, kim nie jest. Dla obu stron szczerość jest najlepsza.
  7. Jeśli używacie Tindera w opcji DTF (date to fuck), możecie to zaznaczyć, wówczas trochę łatwiej będzie Wam odsiać ziarno od plew (tym, którym nie zależy na DTF również będzie łatwiej przeprowadzić selekcję). Nie udawajcie, że też, że nie o to chodzi, gdy chodzi właśnie o to.
  8. Nie traćcie nadziei, że w tych miejscach są ludzie wartościowi i fajni. Bo są. I też szukają fajnych ludzi. Takich jak Wy. Po prostu nie bójcie się rozmawiać o rzeczach dla Was ważnych i o nie pytać.
  9. To żaden wstyd mieć konto na portalu randkowy. Skoro można mieć aplikację do biegania, do zakupów i do ekshibicjonizmu, dlaczego nie można mieć aplikacji do poznawania nowych osób?

Znajomość z Tindera jest dokładnie taka sama, jak znajomość z autobusu, knajpy, pracy, szkoły. Miejsce, w którym się rozpoczyna, po miesiącach nie ma żadnego znaczenia. Mimo to, jestem dziś wdzięczna Tinderowi za to, że umożliwił mi poznanie mężczyzny, o jakim nawet nie marzyłam. Nie wiedziałam nawet, że tacy ludzie istnieją. 

W moim towarzystwie nie jesteśmy jedyną parą z Tindera. Na szybko do głowy przychodzą mi dwa poważne związki, które zaczęły się właśnie tam. To pary z naszego bliskiego otoczenia, więc zakładam, że w dalszym jest ich też trochę, tylko o tym nie wiemy.

Reasumując: nie byłabym tu, gdzie dziś jestem, gdyby nie Tinder. Zakochana, przeprowadzona do miasta, które mnie fascynuje, szczęśliwa i na właściwym miejscu. Warto się nie uprzedzać, bo to miejsce do poznawania innych, jak każde inne. To przecież tylko od Was zależy, jak to się dalej potoczy.

Tinderowi daję superlike'a.