Skip to content

348

Dzisiaj o dziewięciu dniach, które moja mama spędziła w szpitalu. Zaczęło się w poniedziałek, gdy jej noga złamała się w czterech miejscach. Wieczór, omdlała z bólu mama i środek ulicy w centrum miasta. O złamaniu dowiedziałam się kilka godzin później przez telefon. Myślałam, że mama sama wezwała pogotowie, ale nie była w stanie. Pomogli jej przechodnie, dentystka z gabinetu pod którym się to stało i ekspedientka z pobliskiego sklepu. Ta ostatnia przyniosła nawet koc, żeby mamie nie było zimno. 
W samym szpitalu raj jak z Leśnej Góry. Co prawda ściany – jak na polski szpital przystało – były w odcieniach żółci i brązu, ale lekarze, pielęgniarze, pielęgniarki i salowe jak do rany przyłóż. Cierpliwi, pogodni, uprzejmi, zaangażowani w sprawę. Nie burczeli, gdy przy łóżku mamy godzinami siedziało osiem osób. Nie fukali na dodatkową pościel i nie pyskowali, gdy przychodziliśmy ich o coś spytać. 
Po dziewięciu dniach w szpitalu mama dziś wróciła do domu. I nikomu nie przeszkadzał samochód zaparkowany pod samymi drzwiami szpitala, ani to, że nieporadnie próbowałyśmy zmieścić trzysta toreb, kule i wielgachny gips do raczej małego samochodu. Zamiast głupich spojrzeń i poganiania panowie z pogotowia pomogli nam to wszystko ogarnąć. 
Kilkadziesiąt minut później, zupełnie spontanicznie pewna przemiła Pani (pozdrawiam!) zaoferowała nam wózek inwalidzki, dzięki któremu mama będzie chociaż troszkę bardziej samodzielna. A to dużo znaczy, bo czeka ją kilka miesięcy w gipsie, operacja, znowu gips i rehabilitacja.
Gdyby nie życzliwe i pogodne osoby, ostatnie dziewięć dni byłyby dla mamy koszmarem i zapewne dziś miałaby fatalny nastrój. Dzięki dobrym ludziom, jest inaczej.
Wybaczcie mi mało lotny tekst, ale padam na twarz po dzisiejszym rajdzie szpital-dom-przychodnia i organizowaniu przestrzeni tak, by przez kilka następnych miesięcy była przystosowana do potrzeb mamy. I jestem z siebie nawet trochę dumna, że dałam radę to zrobić! Przede wszystkim cieszę się jednak, że wszyscy jesteśmy znów razem.
***
Nie podoba mi się świat, w którym wszystko dookoła jest złe, więc tak sobie myślę nad rozpoczęciem codziennego spisu dobrych rzeczy, które mnie spotkały, albo których świadkiem byłam.
Do końca roku zostało 348 dni, więc codziennie będę sobie odliczać do końca roku. A nuż się okaże, że to najlepszy rok dotychczas?
#349DobrychRzeczy
Może dołączycie?